Wasze dzieci żyją!

W mojej praktyce zetknąłem się ze śmiercią nie raz. I to nie tylko ze śmiercią ludzi dorosłych, ale też i dzieci, albo przede wszystkim dzieci. I to nie ważne, czy odeszli na skutek choroby, nieszczęśliwego wypadku, samobójstwa, czy padli ofiarą przestępstwa, morderstwa, gwałtu – to wszystko nie ważne. Zetknąłem się i zobaczyłem rozpacz rodziców. Zobaczyłem rozpacz rodziców i to wszystko, co towarzyszy całej tej sytuacji. Bardzo trudno było odnaleźć się w tym. Jakże trudno było rodzicom powiedzieć dlaczego i co dalej. Na pewno wielu z Was słuchając teraz tego przeżywa podobną traumę, sytuację, straciło swoje dzieci. Kiedy zastanawiałem się nad tym, rozwiązanie przyszło od małej Gabrysi.

Gabrysia miała niecałe 8 lat. Odeszła z powodu choroby. Nie ważne już jakiej choroby. I kiedy pojawili się u mnie rodzice, zapytali się „Dlaczego? Co się stało? Gdzie jest nasza Gabrysia?”. Patrzyłem na nich, napływały mi łzy do oczu i nie umiałem na to odpowiedzieć. Ale powiedziałem im, że dowiem się, że zrobię wszystko, aby dowiedzieć się co jest z Gabrysia. Następnego dnia położyłem się na łóżku i doznałem stanu OB – wyjścia poza ciało. Intensywnie myślałem o Gabrysi. Miałem jej portret na zdjęciu, więc wiedziałem jak wygląda. Przywoływałem ją myślami. I kiedy wyszedłem z ciała, kiedy mnie, nazwijmy umownie, wyrwało, zobaczyłem na pięknej polanie-łące stoi Gabrysia! Uśmiechnięta. Dygnęła nóżką jakby chciała powiedzieć „Dzień dobry”. Zakręciła się na jednej nodze i powiedziała:

– Tańczę w balecie. Ja tutaj tańczę w balecie.

Po czym powiedziała, że jest jej dobrze i ma dookoła siebie dużo dzieci.

Po chwili rzekła jeszcze parę różnych rzeczy ze swojego życia, dzieciństwa. Powiedziała coś o ojcu, o mamie. I kiedy tak nieśmiało opowiadała mi te rzeczy, zobaczyłem z tyłu za nią postać, która zbliżała się do mnie. Dość postawnego, wysokiego mężczyznę ubranego w habit. Ciemny, o bujnych, kręconych włosach i o przenikliwym, ale jakże miłym i pełnym uczucia, spojrzeniu we mnie. Kiedy zbliżył się do mnie wyciągnął rękę i powiedział:

– Witam, jestem Jan Bosko.

Zamarłem. Zapytałem nieśmiało:

– Ten Jan Bosko?

– Tak! Ten święty Jan Bosko.

Pomyślałem sobie: ale dlaczego? Co on tu robi? I nim to pytanie rzuciłem, padła odpowiedź:

– Ja tutaj też mam ośrodki. Ja też tutaj pracuję z dziećmi. Dzieci przychodzą, jest duży ośrodek, pomagamy im, pracujemy, mamy wolontariuszy. Tu dzieci przychodzą, one nadal żyją, funkcjonują, rozwijają się. Chodź, zaprowadzę Cię.

I nim powiedział, że mnie zaprowadzi, znalazłem się na jakimś dziedzińcu. Widziałem duży, taki w kształcie litery L budynek biały. Dalej były jeszcze inne budynki, wkoło biegały dzieci, stała jakaś pani i coś tłumaczyła dzieciom. Inne śpiewały, jeszcze inne machały rękami. Byłem oszołomiony. Zobaczyłem masę dzieci i zastanawiałem się gdzie ja jestem? Święty Jan Bosko położył mi rękę na ramieniu i powiedział:

– To jest miejsce gdzie trafiają dzieci. Powiedz im: Wasze dzieci żyją! Miłość jaką tutaj mamy do dzieci jest ponadczasowa. Dzieci się rozwijają, dorastają. Te małe, te najmniejsze, mające miesiąc, dzień, minutę, ale i te, które mają dwanaście, piętnaście, szesnaście, i siedemnaście, i dwadzieścia lat! Bo i takie są tu dzieci! Wszystkie tutaj dorastają! Rozwijają się!

Byłem przejęty i oszołomiony. Przysnąłem do siebie jeszcze Gabrysię i postanowiłem wracać. Za dużo było wrażeń, jak na jeden moment. I kiedy wracałem, spojrzałem jeszcze na świętego Jana Bosko. A on, przepraszam za wyrażenie, ale jakby wlepił swoje oczy w moje i powiedział:

– Kiedy tu przyjdziesz, powiem ci bardzo ważną rzecz. Powiem ci co masz robić. I powiem ci kim jesteś. Zmieni to całe twoje życie, ale musisz zrozumieć, że ktoś musi tam przekazać, że dzieci żyją! Że świat toczy się dalej. I… – tu się zawahał – …kiedy przyjdziesz, ja ci to powiem. Teraz odejdź.

Natychmiast znalazłem się swoim pokoju. Wstałem oszołomiony, chodziłem dookoła. Zastanawiałem się czy nie zwariowałem.

Dwa dni później przyszli rodzice Gabrysi. Rozpocząłem z nimi rozmowę i powiedziałem, że widziałem Gabrysię, że jest zadowolona, szczęśliwa, biega, lata i że tańczy w balecie. Powtórzyła: tańczy w balecie. Na co ojciec rozpłakując się na tą wiadomość powiedział:

– Proszę pana, ona tu też tańczyła w balecie. Zapisaliśmy ja do baletu. To niesamowite! Przecież pan tego nie wiedział! Tańczy tam?

– Tak, tańczy w balecie.

Powiedziałem o wielu innych rzeczach, o których tylko oni mogli wiedzieć. Byli zszokowani. Byli przejęci. Byli poruszeni. Powiedzieli, że to jest coś niesamowitego. Że ja zrobiłem więcej niż nie jeden psycholog próbował dokonać w ich życiu. I wtedy dowiedziałem się, że psycholodzy nie wiele robią. To znaczy próbują coś powiedzieć, coś zrobić, ale generalnie przepisują leki. Kiedy człowiek jest naćpany lekami nawet nie wie, że mu dziecko umarło, a już tym bardziej „kiedy, jak i co”. Albo mówią „Jesteście młodzi, jeszcze możecie sobie zrobić jedno dziecko.” A co?! Lodówka się zepsuła?! Można ją wymienić?! Ja się pytam! I nie mam na to odpowiedzi. Wielu psychologów mówi „No cóż, tak bywa, tak jest. Dacie sobie radę. Czas goi rany”. Nie! Nie!!! Czas nie goi ran! Uczą się z tym żyć. Ale nigdy ta rana nie zostanie zagojona. Czego brakuje tym rodzicom? Miłości! Nie współczucia. To nie chodzi o to, aby [mówić] „o jak ja ci współczuje!” Nie – miłości, zrozumienia i powiedzenia „Wasze dzieci żyją!”. Przekonania ich o tym, że one są. Bo nikt nie jest w stanie im tego powiedzieć.

Kiedy jedna pani zapytała psychologa:

– Wie pani, być może mój syn gdzieś żyje, ja go czuję…

Psycholog odpowiedziała:

– Tak, tak, tak, na początku tak jest ale proszę zapomnieć o tym. Sym był, minęło, nie ma. Czas zacząć żyć na nowo…

Co to jest?! Ja się pytam: CO TO JEST?! Nawet jeżeli ta, nazwijmy psycholog, ma takie a nie inne podejście i nie wierzy, że cokolwiek istnieje, nie ma prawa nikomu powiedzieć, że świat się skończył!

Kiedy przyszli do nie rodzice Tomka, byli bardzo wstrząśnięci. Tomek zginął w wypadku samochodowym. Jechał jako pasażer. Miał zaledwie 15 lat. Przed nim było całe życie. Tak jak mi opowiadali, był zdolnym człowiekiem. Chciał się rozwijać, iść do przodu. I w jednej chwili zniknął. I zniknęło całe ich życie. Myśleli o samobójstwie – było to ich jedyne dziecko, jedyna nadzieja, jedyny kwiat, jak mówili. Nikt im nie pomógł. Psycholodzy dowalili tyle leków, że już otumanieni byli równo. Znajomi się odsunęli – nie wiedzieli jak z nimi rozmawiać. A oni popadali w coraz większą rozpacz, depresję. I w końcu trafili do mnie. I powiedzieli tylko jedno:

– Proszę Pana, jedno od niego słowo. Jedna chociaż jakaś sekwencja, żebyśmy wiedzieli, że wychowując dziecko 15 lat nie poszło na marne, że gdzieś jest!

Ja powiedziałem:

– Przyjdźcie za parę dni, ja wam dam znać. Postaram się go znaleźć.

I kiedy znowu wyszedłem, znalazłem się w ośrodku Ojca Bosko. Szukałem go [Tomka] i nie mogłem go znaleźć. I zastanawiałem się, gdzie on jest? Dlaczego go nie ma? I raptem przeniosłem się w jakieś miejsce gdzie były skały, jakieś drzewa, skały, jakieś kręte drogi. I on sobie chodził tam między tymi skałami. Zapytałem go:

– Co tu robisz?

– Wiesz, nie wiem… chodzę. Cały czas chodzę. Trochę się błąkam.

Powiedziałem mu:

– Słuchaj, zabiorę cię do ośrodka Ojca Bosko. Tam będziesz zadowolony, szczęśliwy. Tam poczujesz wszystko. Tam się zmieni całe twoje życie.

Spojrzał na mnie i zapytał mnie kim jestem. Powiedziałem, że w imieniu rodziców i tak dalej. Natychmiast przystał. Znaleźliśmy się w ośrodku Ojca Bosko. Został tam przyjęty. I zostawiłem go. Wróciłem tam po paru dniach. Był już zadowolony, szczęśliwy i opowiadał jak to grał na gitarze. Mówił, że śpiewa tutaj. Mówił, że też będzie pomagał małym dzieciom, bo on chce iść w tym kierunku. I jest szczęśliwy, zadowolony. I mówi:

– Powiedz mojej mamie, że ja żyję, że ja funkcjonuję, że kocham ją! I powiedz jej też, że niech z domu wyrzuci ten ołtarz mój – ona będzie widziała o co chodzi.

Kiedy spotkałem się z matką i opowiadałem o tym… no i oczywiście z ojcem. Była wstrząśnięta. Rzeczywiście on grał na gitarze, próbował śpiewać a w pokoju jego zrobiła ołtarz: wszystkie zdjęcia, świeczki paliła i co tam się tylko dało. Postanowiła rozwalić ten ołtarz, wpuścić światło do domu i zacząć na nowo żyć. Dzisiaj bardzo im się świat pozmieniał. Nawet myślą o adopcji dziecka. Ale czują też to swoje dziecko cały czas.

A więc powtarzam: Wasze dzieci żyją! Kiedy idę tam dowiaduję się, wracam, przynoszę wiadomości.

Tak było z małą Moniką. Mała Monika odeszła ciężko chorując. Miała zaledwie 5 lat. Czy dziecko pięcioletnie może być świadome wszystkiego? Czy może widzieć? Rodzice byli załamani, bardzo załamani. I kiedy trafili do mnie, nie wiedzieli nawet o co pytać, co powiedzieć. A ja powiedziałem, że postaram się nawiązać kontakt. Pójdę tam w Zaświaty, znajdę Monikę i powiem co się dzieje.

Trafiłem znowu od ośrodka Ojca Bosko i spotkałem Monikę. Siedziała z innymi dziewczynkami i miała długie kręcone włosy. Rozpalone małe oczy, jak węgielki. Mówiła coś, dużo mówiła, jakby recytowała wiersze. Spojrzała na mnie. Powiedziałem kim jestem. Ucieszyła się, podbiegła. Powiedziała:

– Przekaż rodzicom, że ich kocham. Powiedz tacie, że jeszcze kiedyś będziemy jeździli na koniu. – Nie wiedziałem o co chodzi, ale łapałem wszystko. – Jestem szczęśliwa. – I dalej mówiła wierszem.

Kiedy spotkałem się z rodzicami i powiedziałem tacie, że przekazuje, że jeszcze będziecie jeździli na koniu – wybuchnął płaczem.

– Proszę pana, ona kochała zwierzęta i ja mówiłem, że kiedyś, jak już podrośnie, to kupimy może konia, że będzie na nim jeździła. To jest niesamowite!

Mówiłem też, że jakby recytuje wiersze. A mam powiedziała:

– Tak, ona lubiła. Ona sama z siebie kleciła jakieś wiersze opowiadała. Niesamowite! Pan nam uratował życie. To jest niesamowite! To jest coś co, no… To jest… wspaniałe!

I teraz po wszystkich tych doświadczeniach chcę powiedzieć jedno: Wasze dzieci żyją!!! I nie możemy o nich zapomnieć. Nie możemy powiedzieć, że umarły i ich nie ma. Nie da się wymazać ze świadomości człowieka tego, że nie ma naszego dziecka. Chociaż wszyscy nam próbują wmówić. Psychiatrzy, psycholodzy, znajomi… „Zapomnij! Wyrzuć! Żyj na nowo!” – Nie da się! Ale trzeba też sobie pomyśleć, że te dzieci żyją, oglądają nas, widzą i jakże są smutne, kiedy rodzice zapominają o nich, oddalają, albo trują się prochami po to by nie myśleć, że miało się dziecko. Ja wiem, ja wiem, że ciężko jest żyć ze świadomością, że już nie wejdzie Piotrek i nie rzuci butami na podłogę. Że Gabrysia nie będzie krzyczała „Dobrze, zaraz wyjdę i wyrzucę śmieci”. Ja wiem, że już nie przyjdzie dziecko i nie pokłócimy się z nim czy nie posprzeczamy, albo nie obejrzymy jakiegoś serialu typu Kiepscy. Ja wiem, że jest ciężko. Ale świadomość, że dzieci tam dalej są, że rozwijają się i funkcjonują jest czymś zbawiennym. Trzeba to zrozumieć. Trzeba to pojąć. Jakże trudno jest nam czasami uwierzyć, ale miłość Boga i dobroć jest wielka. To wszystko są Dzieła Boże. I możemy nazywać je jak chcemy: absolut, nie wiem jak tego Boga nazwiemy – On jest, to Coś istnieje, to Coś funkcjonuje. Święty Jan Bosko oczywiście jest jakby w naszej kulturze świętym, jest katolickim świętym – ale to nie oznacza, że go tam nie ma! Być może są jeszcze inni, którzy nie musieli być katolikami, a też tam są, też tworzą ośrodki, byli dobrzy, bo dobroć tam zwycięża i miłość!

I tym oto wywodem kończę moje kolejne reportaże z Zaświatów. Może nie jest to tak dokładnie reportaż. Następnym razem opowiem dokładnie co zobaczyłem, jak to wygląda, jak się tam człowiek znajduje, jak człowiek tam żyje i co robi. Wszystkiego naraz nie da się opowiedzieć, a reportaże będą się ciągnęły. Natomiast chcę powtórzyć na koniec: WASZE/NASZE DZIECI ŻYJA! One nigdzie nie zniknęły. One tylko odeszły z tego padołu ziemskiego.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o